O mnie

O mnie

Nazywam się Ewa Burundi. Mam wieloletnie doświadczenie w pracy magicznej i silną Moc. Sprawdziła się ona nawet w bardzo, bardzo trudnych przypadkach.

Ale nie urodziłam się dzieckiem o nadzwyczajnych zdolnościach. Byłam zwykłą, nieśmiałą i małomówną dziewczynką. Przez kilkanaście lat mojego życia nie miałam pojęcia, jakie siły we mnie drzemią. Miało się to zmienić pod wpływem dramatycznego zdarzenia.

Oto moja historia.

…………………………………………………………………………………

Moc po kądzieli w co drugim pokoleniu

 

Kobiety w mojej rodzinie miały Moc. Miała ją moja babka Zofia oraz jej babka, Antonina, która podobno również odziedziczyła zdolności po swojej z kolei babce, ale nie przechowały się dokładne wspomnienia, więc nawet nie znam imienia tej praprapra…babki. Te wrodzone zdolności pojawiały się co drugie pokolenie.

Moja mama była jak najdalsza od magii i trzymała mnie z dala od babci Zosi, z niechęcią wspominała z dzieciństwa te butelki  i słoje na półkach z przedziwną zawartością, a zwłaszcza przerażał ją słój z pijawkami. Wychowywałam się w mieście, więc rzadko odwiedzaliśmy babcię, żyjącą daleko w małej wiosce w Górach Świętokrzyskich.

Pamiętam z tych odwiedzin pęki suszonych ziół u powały, dziwne zapachy, wyciąganie rozżarzonych drewien z kuchni na opał i rzucanie na nie jakichś liści, żeby coś odpędzić. Też mnie to przerażało i nie wykazywałam najmniejszego zainteresowania praktykami babci, trochę się jej nawet bałam. Byłam za mała na to wszystko, aż tu babcia niespodziewania zmarła i nie mogłam się już niczego od niej dowiedzieć.

Żyłam w nieświadomości, że istnieją inne światy, poza widzialnym. Nie miałam żadnych przeczuć ani żadnych proroczych snów. Tyle tylko, że od czasów szkoły wróżyłam  sobie i koleżankom z liści, z kamyków, z kresek, z lusterek w ciemnym pokoju. Ale nie wiedziałam nawet, że to się nazywa wróżeniem, uważałam to za zabawę. I dla mnie, nieśmiałej panienki, była ta „zabawa” przepustką do grona bardzo wygadanych i przebojowych koleżanek, które wiodły prym w szkole. Z czasem byłam bardzo pożądaną towarzyszką ich spotkań, bo wszystkie miały jakieś „kłopoty sercowe” na miarę swoich szkolnych miłości. I tylko to się liczyło, że jestem dla nich ważna. Nie miałam żadnych refleksji ani przemyśleń, nie przyszło mi nawet do głowy, że moje „gadanie, co ślina na język przyniesie” jest czymś więcej, niż czczą zabawą.

Wszystko się miało zmienić po nieszczęśliwym zdarzeniu.

 

Nieszczęśliwe zdarzenie

 

Byłam nastolatką, kiedy wujek zabrał mnie na żaglówkę. Mieliśmy opłynąć największe mazurskie jeziora. Dla mnie to był pierwszy w życiu rejs, ale dla wujka… też pierwszy, samodzielny rejs. Ukończył jakiś trzydniowy kurs i tyle wiedział o tym. Gdy wypłynęliśmy, wkrótce zerwała się wichura, wujek nie utrzymał żagla i łódź się przewróciła. Ostatnie co pamiętam, że coś mnie uderzyło w głowę, gdy byłam  już w wodzie.

Potem widziałam siebie na motorówce, patrzyłam z góry, jak jacyś ludzie schyleni nade mną ugniatają mnie. Krążyłam tak nad nimi, potem unosiłam się coraz wyżej, za mną zrobiło się ciemno, a w górze widziałam światło. To nie było słońce, przypominało raczej nocne, zachmurzone niebo, na którym przecierają się chmury i wyłania się ogromna tarcza księżyca. Robiła się coraz jaśniejsza, srebrna, potem bielała i wabiła mnie tak samo, jak księżycowa pełnia. I wtedy… zobaczyłam babcię Zosię. Tak, jakbym się wydobywała ze studni w górę, a ona pojawiła się w jej otworze.

Bardzo chciałam się wydostać przez tę „dziurę” w górę, ale babcia machała groźnie rękami, jakby mi zakazywała. Zatrzymałam się, bo bałam się babci trochę. Coś pisnęłam do niej, nie pamiętam co, ale jakbym wyrażała chęć wyjścia na górę. Wyciągała do mnie ręce i mówiła: A kysz! A kysz! Jeszcze nie teraz! A wracaj  mi ty! No już!

Chwilę później wszystko zniknęło, a do moich uszu wpadły słowa: Mamy ją! Otworzyłam oczy i zobaczyłam kilka twarzy nad sobą.

 

Szpital: – Dzień dobry, Niezwykłe!

 

Kilka dni spędziłam w szpitalu na obserwacji, ponieważ obawiano się, że uraz głowy i niedotlenienie mózgu mogły wywołać niekorzystne skutki. Przez trzy noce w moich snach pojawiała się babcia Zosia. Dwa razy śniłam ją w jej świętokrzyskim domu na tle tych ziół, zwisających z drewnianego sufitu i tajemniczych słojów, które tym razem stały w oknach. Nic nie mówiła, tylko poruszała ustami, jakby wypowiadała zaklęcia. Kiedy ją odwiedzaliśmy za jej życia, często mruczała coś pod nosem ale tak, żebyśmy nie rozumieli dokładnie słów.

Trzeciej nocy przyśniło mi się, że usiadła na brzegu mojego łóżka. Pogłaskała mnie po rękach, potem po czole i pociągnęła mnie  za ucho. Zaśmiała się i powiedziała: – A widzisz, ty niedobra, nie uciekniesz przed sobą. Obudź swoją moc, ludzie na to czekają. Byłam przerażona i zdezorientowana, bezgłośnie  krzyczałam: Jaką moc? Jaką moc? Nagle na jej szyi pojawiły się duże, czerwone korale, a ona uśmiechnęła się zalotnie i jakby zaśpiewała: Już ty wiesz, już ty wiesz, jeszcze nie wiesz, że to chcesz…..

Chyba kilka razy to powtórzyła, bo obudziłam się na szpitalnej sali z tym zaśpiewem na ustach. Akurat pochylała się nade mną pielęgniarka, gdy otworzyłam oczy i głośno powtórzyłam: Już ty wiesz, już ty wiesz, jeszcze nie wiesz, że to chcesz….Siostra rozbawiona zapytała: A czego to nie wiem, że chcę?

 

Pierwsza przepowiednia

I wtedy pierwszy raz w życiu „powiedziało mi się samo”: Żeby Stefan ci się oświadczył, ale dla jego matki jesteś za biedna…Niech jego  matka się strzeże pociągu…

I to był początek.

Nie umiałam nikomu wytłumaczyć, a przede wszystkim samej sobie, dlaczego tak powiedziałam. Dziewczyna rzeczywiście strzelała okiem w stronę pewnego Stefana, nie liczyła na wiele, bo jego rodzina była bogata i matka życzyła sobie równie bogatej synowej. O czym się dowiedziałam kilka miesięcy później, gdy ta pielęgniarka mnie odszukała i powiedziała, że Stefan jej się oświadczył po śmierci matki. Zginęła na przejeździe kolejowym, bo przewróciła się na torach, a nie zdążyła się podnieść i uciec przed nadjeżdżającym pociągiem.

Byłam przerażona. Minęło trochę, zanim zgłębiłam, o co tu chodzi. Czytałam, uczyłam się, wypytywałam mamę o babcię Zosię. Udało mi się  zapanować nad swoja Mocą. To się skończyło, że ona się pojawia, kiedy chce. Teraz ja ją wzywałam, kiedy potrzebowałam.

 

 

Wiedza z przeszłości

 

W tamtych latach mama stała się moją mimowolną „nauczycielką ”. Pytałam ją o bajki i o piosenki, które śpiewała jej matka, czyli moja babcia Zosia. O wierszyki, o przypowiastki, o przesądy. Wiele już znałam, bo moja mama śpiewała mi od dzieciństwa na dobranoc różne piosenki, a przecież mogłam się domyśleć w dorosłym życiu, że zna je od swojej matki, która ją nimi kołysała do snu. O pięknej Alfredzie, co chciała uciekać, lecz jej serduszko przestało  bić…. O tym, że na Podolu wielki kamień, Podolanka siedzi na nim, siedzi, siedzi wieńce wije z białych róży i liliji. Potem idzie do sadu wiśniowego, łapie węża czarniawego…

W każdej z nich ukryta była wiedza o czarach, zaklęciach, truciznach, urokach, sidłach na męskie serca… Wystarczyło się dobrze wsłuchać.

Babcia – szamanka od miłości

 

Powoli dowiedziałam się, że babcia posiadała tak „niespotykany urok”,  że żaden mężczyzna jej się oprzeć nie mógł. Po śmierci dziadka miała jeszcze 3 mężów, ostatniego znalazła po 60-tce, a przebierała i wybierała z licznego grona krążących wokół niej, jak ćmy, zalotników.

Wtedy przypomniałam sobie taką scenę: pojechałyśmy kiedyś z mamą do babci same, bez taty, bo rodzice mieli wtedy „trudny okres”. W babcinej chatynce było ciemno, mrok rozpraszało jedynie światło dwóch świec i rozżarzonych węgielków drzewnych, rozłożonych na metalowej szufelce. Siedziałyśmy wokół tych węgielków, babcia coś na nie sypała, jakieś zioła i pamiętam jej słowa: Temu się żaden nie oprze. A wstań, a pójdź, a niech się stanie! I rodzice przetrwali kryzys. Rozłączyła ich dopiero śmierć.

Zrozumiałam, że babcia była szamanką o dużej Mocy, specjalizującą się szczególnie w urokach miłosnych.

Geny, Księżyc, kamienie i magiczne formuły

 

Wyczucie tych spraw mam po niej w genach. Wiedza powoli sama do mnie przychodziła. Szukałam jej w sobie, w księgach, w roślinach, w kamieniach, w Górach Świętokrzyskich, w magicznych słowach i tajemnych formułach.

Urodziłam się w noc pełni księżycowej. Odczuwam więc silną więź z Księżycem, do dorosłości lunatykowałam w czasie pełni. Kiedy zgłębiałam swoją moc to czekałam na pełnię Księżyca, żeby się z nim „spotkać”. W zimnych porach roku zapalałam świeczkę w oknie, w ciepłych wychodziłam do ogrodu albo na łąki i paliłam małe ognisko. Wpatrywałam się w srebrną tarczę Księżyca, która wygląda dla mnie jak twarz i medytowałam. Wpadałam w stan pół snu pół jawy i wtedy przychodziły wizje. Czasem to były obrazy, a czasem przychodziły słowa, jakbym je słyszała w sobie.

Pewnego razu Księżyc „przemówił” we mnie. Usłyszałam: Ubywam, ubywam….I nagle stało się coś dziwnego. Kilka dni wcześniej pojawiła mi się na dłoni duża czerwona plama, która mnie bardzo piekła. Kiedy usłyszałam słowa ubywam, ubywam… zaczęłam je półgłosem powtarzać. Wtedy poczułam mroźny chłód na ręce, potem mrowienie i wszystko ustało. Spojrzałam na dłoń: plama zniknęła!

Muszę powiedzieć, że wtedy jeszcze nie słyszałam o kalendarzach księżycowych. Po prostu pełnia była dla mnie wtedy, gdy Księżyc był okrągły, albo prawie okrągły. Zaczęłam czytać, obliczać i pokazało się, że w Noc Przemawiającego Księżyca, jak ją nazwałam, nie był on już w pełni, wszedł w fazę ubywania. Tak się dowiedziałam, że  ubywający Księżyc ma moc zabierania złych rzeczy.

Z czasem poznałam inne możliwości jego działania. W każdej fazie Księżyc inaczej oddziałuje na różne sprawy życiowe i duchowe. Jeśli masz z nim silną więź, wtedy możesz korzystać z Mocy Księżyca. Uczyłam się od niego, uczyłam się harmonizować swoją Moc z Jego Mocą. W wizjach, jakie mi przysyłał w czasie pełni, ukazał mi tajemnicze światy, potęgę natury, pozwolił mi odczuć Moc Sił Wyższych,  przywoływał echo pradawnych dźwięków i słów, przenosił mnie w wizjach w różne miejsca, gdzie odprawiano dziwne obrzędy. Pokazał mi drugą stronę lustra.

Dlatego do przesyłania energii ludziom, w czasie rytuałów, bardzo starannie wybieram godzinę, w której Księżyc wspiera mnie najsilniej dla danej sprawy.

…………………………………………………………………………………………….

Budzenie Mocy

 

Wielu osobom pomogłam skutecznie. Ale najbardziej, NAJBARDZIEJ MNIE CIESZĄ te przypadki, kiedy udało mi się  dzięki moim rytuałom obudzić w ludziach ich własną Moc. To nie jest reguła, ale mniej więcej co czwarta osoba, dzięki moim rytuałom, obudziła swoją Moc.

Można powiedzieć: tylko co czwarta?

A ja powiem: aż co czwarta!

Byłam na ślubach, do których nie miało dojść. Byłam na chrzcinach dziecka, które nie miało się nigdy narodzić. Otrzymałam wartościowe prezenty od bezrobotnych, którzy zrobili karierę. Pewien bezdomny odmalował mi mieszkanie, gdy obudziwszy swoją Moc wybudował dom, założył rodzinę i wzbogacił się na wynalazku, który opatentował. Moim ulubionym „przypadkiem ” jest, nazwijmy ją Anią, a więc Ania:  dziewczyna ze złej rodziny, która się uważała za brzydką i nic nie wartą.  Ania tak się przyłożyła do Rytuału Mocy, że odnalazła uśpiony w niej wulkan energii i obudziła go. Ania stała się wziętą modelką, potem założyła szkołę modelek, a wreszcie uznała, że już nie musi niczego nikomu udowadniać. Zrealizowała swoje marzenie z dzieciństwa: bardzo chciała być kierowcą ciężarówki!!!!

Może to się wydawać dziwne, ale nie chodzi przecież o życie zgodne z oczekiwaniami innych, tylko o własne życie. O własne marzenia i potrzeby. Nasza wewnętrzna Moc, gdy ją obudzisz, daje ci nie tylko siłę, ale również odwagę, żeby być sobą i żyć po swojemu.

Być królową lub królem własnego życia, to się liczy i to daje Moc.

 

Napisz do mnie
Jeśli poczta nie zadziała, to skopiujcie ręcznie ten adres:
ewaburundi@gmail.com
Tu sprawdzisz aktualną fazę Księżyca
Kalendarz księżycowy
Reklamy